Peter Lachmann „Edith Stein”
Edith Stein
Podziwiam Edith Stein za rzadko w XX
wieku spotykany dar łączenia mistycyzmu
z pragmatyzmem, albo – jeśli kto woli –
wizyjnej poezji z polityką.
W wysokim stopniu mistyczno-poetycka
jest jej wizja Holocaustu w roku dojścia Hitlera do władzy, to jest w r. 1933, która miała
miejsce w kolońskim Karmelu, miejscu jej
przyszłych zaślubin. W czasie nabożeństwa
„rozmawiałam ze Zbawicielem i powiedziałam Mu, że to jest Jego Krzyż, który teraz
kładziony jest na naród żydowski. I że
większość ludzi tego nie rozumie. Ci jednak,
którzy to pojmują, będą musieli wziąć ten
krzyż ofiarnie na swoje ramiona, w imieniu
całej reszty. I że ja sama chciałabym to uczynić, lecz Zbawiciel musi mi wskazać drogę”.
Edith Stein dodaje „gdy skończyło się nabożeństwo, miałam wewnętrzne
przekonanie, że zostałam wysłuchana. Mówiąc Krzyż, miałam na myśli los ludu
Bożego, który już wtedy dawał się »we znaki«”.
A jeszcze wcześniej, w roku 1930, Edith
-2-
Stein używa w jednym z listów pojęcia „holocaustum” w pierwotnym znaczeniu
całopalenia i w zastosowaniu do własnej osoby, którą chciała złożyć w ofierze, by
odwrócić bieg wydarzeń, które prowadziły do tego, co teraz określamy tak
gładko jako Holocaust. Chciała zapobiec Zagładzie
narodu, z którego wyszła i z którym połączyła się ponownie, gdy wywieziono ją
z holenderskiego Karmelu, owego złudnego azylu, do Oświęcimia.
Ten jej los, tak tragicznie sprzężony z losem europejskich Żydów, zadaje kłam
tezie Steinera o „śmierci tragedii” w naszych czasach.
Może w teatrze współczesnym można mówić o śmierci
tragedii, napewno nie w wielkim teatrze
okrucieństwa naszego wieku, na którego
scenie zginęła jedna z jego czołowych bohaterek, Edith Stein.
Jej los zadaje z drugiej strony kłam również
prowokacyjnej tezie Nietzschego o „śmierci
Boga”, która jakoby znalazła swoje ostateczne potwierdzenie w Oświęcimiu.
-3-
Zanim jej ofiara dopełniła się właśnie tam,
starała się czynnie, nie tylko medytując
i pogłębiając swoją „wiedzę o krzyżu”,
już jako karmelitanka bosa, to jest jako szeregowa wielkiej armii Kościoła
wojującego, o polityczne, pragmatyczne zapobieganie Zagładzie Żydów.
Apelowała do swojego najwyższego przełożonego,
Papieża, błagała go o prywatną audiencję,
w której chciała podzielić się z głową Kościoła swoimi wizjami i lękami, swoim
tragicznym widzeniem świata współczesnego, a jednocześnie racjonalnie
uzasadnić konieczność ogłoszenia nowej
encykliki, w której Kościół oficjalnie potępiłby antysemityzm, który tkwił również
w jego własnym łonie i w zakamarkach jego
doktryny. Spotykała się z nim osobiście u swoich sióstr zakonnych i nie bacząc na
etykietę klasztorną protestowała przeciwko
niemu, broniąc racji prześladowanych, w zgodzie z najgłębszym duchem
chrześcijańskiego braterstwa i w zgodzie
z własnym sumieniem, które nie znało linii
-4-
demarkacyjnych.
Nie dostąpiła jednak mimo usilnych starań i koneksji łaski prywatnego
wysłuchania przez Papieża, a z unikowego zaproszenia
na audiencję generalną do Watykanu –
nie skorzystała. Nie doczekała się również
zbawiennej zmiany oficjalnej nauki Kościoła
w kwestii żydowskiej.
Zamiast na audiencji w Watykanie Edith
Stein znalazła się dziś na ołtarzach całego Kościoła katolickiego – jako
„błogosławiona”. I być może zostanie wkrótce jeszcze bardziej podniesiona.
Mimo to nie zostanie moim zdaniem przez te nobilitacje odcięta od swoich
pierwotnych korzeni, a wprost przeciwnie – te właśnie
korzenie wrosną jeszcze mocniej i bardziej
naturalnie i widoczniej w ołtarze z wizerunkiem Edith Stein. Niezależnie od tego, że
nie wszyscy modlący się przed tym ołtarzen albo omijający go zrozumieją
wagę tego aktu, wymowę tej decyzji Kościoła o zmienionym gruntownie obliczu.
Świetlisty cień, padający z nieba na ziemię,
-5-
będzie znakiem nie tylko jej rosnącego
wpływu u wspólnego Ojca, lecz również
ziemskim znakiem możliwej wspólnoty
braci w Chrystusie w jej tak bardzo osobistym, wizyjnym, tragicznie
przez Zagładę poszerzonym rozumieniu. W wielu
tekstach oświęcimskich – poetyckich zapisach męki –
właśnie postać Chrystusa, staje się punktem odniesienia nowej ofiary
i źródłem nadania jej nowego sensu.
I w tym zbiorze tekstów wizja Edith Stein jest prekursorska.
Pod wpływem jej losu i jej myślenia Kościół
zmienił swoje stanowisko w kwestii żydowskiej,
a jej autorytet jako błogosławionej i świętej – powinien wpłynąć
w podobnym kierunku na zrzeszonych
w Kościele wiernych, również na tych, których postać Edith Stein,
niedostatecznie wyjaśniona i dalej zagadkowa, zaskakuje,
zastanawia – i irytuje.
Opowiem w tym kontekście historię, którą
opowiedział mi w Tel Awiwie polski Żyd,
były więzień Oświęcimia. Działo się to
-6-
w pierwszym okresie prześladowania Żydów
pod okupacją niemiecką nieopodal
Łodzi. Mój rozmówca w Izraelu zachorował
był wtedy jako młody chłopak i znalazł się
w jakimś prowincjonalnym szpitalu. Polscy
chłopi, z którymi dzielił salę chorych, nie
szczędzili mu przykrych uwag i komentarzy.
W czasie Wielkiego Tygodnia szpitalik
odwiedził miejscowy ksiądz i pobłogosławił
wszystkich pacjentów bez wyjątku.
Wtedy chłopi zwrócili Księdzu uwagę, iż pobłogosławił
również Żyda. Ksiądz odpowiedział: Żyd ale też człowiek. Od momentu
usłyszenia tych słów zmieniła się diametralnie sytuacja żydowskiego pacjenta.
Chłopi nie tylko zaczęli odnosić
się do niego życzliwie, ale w dodatku obsypywali go na święta wielkanocne
wspaniałymi jak na owe czasy prezentami
– wielce dla niego kłopotliwymi – kiełbasą, jajkami, szynką…
Na tym przykładzie widzimy, jak ważne może się stać słowo wypowiedziane
w odpowiednim czasie – zwłaszcza przez
-7-
sługę Bożego. Znała tę pragmatyczną prawdę Edith Stein, mistyczka i bojowniczka
o prawa człowieka do życia
i do duchowej przemiany.
Peter Lachmann, Edith Stein [w:] Przemysław Chojnowski, Liminalność i bycie „pomiędzy” w twórczości Petera (Piotra) Lachmanna. Studium literacko-kulturowe, Universitas, Gliwice 2020, s. 277-278.









