Śp. Wojciecha Hanna wspominają przyjaciele i członkowie Towarzystwa im. Edyty Stein
Śp. Wojciech Hann (1964–2026) we wspomnieniach przyjaciół i członków Towarzystwa im. Edyty Stein
Wiadomość o śmierci Wojciecha Hanna poruszyła wielu z nas – tych, którzy współtworzyli Towarzystwo im. Edyty Stein, oraz tych, którzy przyszli później, ale wciąż poruszali się po tej samej mapie wartości. Wojtek był jedną z tych osób, których obecność zostawia trwały ślad: w instytucjach, w relacjach, w sposobie myślenia o dialogu i pracy społecznej.
Dwie drogi, jedno Towarzystwo
Początki Towarzystwa im. Edyty Stein związane były z dwoma środowiskami. Jedno z nich, do którego należał Marian Łukaszewicz, skupione było wokół ks. Jerzego Witka. Drugie wyrosło z Klubu Inteligencji Katolickiej i środowiska przy Uniwersytecie Wrocławskim i miało nieformalnego lidera w osobie Wojciecha Hanna. Były to czasy intensywnych debat, sporów i napięć – zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie ideowych barykad. A jednak różnice nie przeszkodziły we współpracy.
Jak wspomina Marian Łukaszewicz, mimo rozbieżności środowiskowych założyciele Towarzystwa potrafili współdziałać w sposób życzliwy i konstruktywny. W grupie związanej z Wojtkiem byli zarówno młodzi ludzie, jak i osoby starsze, m.in. Bolesław Gelichgewicht, który znacząco przysłużył się działalności Towarzystwa. Od początku była to wspólnota nie tylko idei, ale i relacji – w pracę Towarzystwa angażowała się także Monika, późniejsza żona Wojtka, oraz jego matka.
Niemcy, język i zaufanie
Jednym z kluczowych wymiarów działalności Wojciecha Hanna były kontakty polsko-niemieckie. Podczas pobytu stypendialnego w Niemczech nauczył się języka niemieckiego, co w naturalny sposób otworzyło Towarzystwu drogę do współpracy z niemieckim Towarzystwem Edyty Stein. Relacje te nie miały charakteru formalnego partnerstwa – były budowane na zaufaniu, osobistych kontaktach i autentycznym zainteresowaniu drugą stroną.
Marian Łukaszewicz wspomina wspólny wyjazd do Karlsruhe na konferencję niemiecką, w której uczestniczył kapelan znający Edytę Stein. Wojciech i Marian służyli mu do Mszy – gest prosty, a zarazem wymowny, dobrze oddający styl obecności Wojtka: dyskretny, służebny, pozbawiony potrzeby podkreślania własnej roli. Z czasem członkowie niemieckiego Towarzystwa przyjeżdżali do Wrocławia, a nawet zorganizowali tu swoje doroczne zebranie – już wtedy, gdy Wojciech mieszkał w Warszawie, ale ślady jego pracy wciąż były widoczne.
Człowiek idei
Dla Anity Stefańskiej-Czarnieckiej Wojciech Hann pozostaje przede wszystkim człowiekiem idei. Jako osoba o pokolenie starsza nie waha się powiedzieć, że był jedynym prezesem Towarzystwa, dla którego idea pojednania polsko-niemieckiego i dialogu była absolutnie najważniejsza – ważniejsza niż osobiste ambicje czy kariera naukowa. Całą swoją energię wkładał w działalność społeczną, często kosztem własnych planów. To on był jednym z liderów uniwersyteckiej grupy, z której później wyłoniło się Towarzystwo, i jednym z głównych motorów organizacji międzynarodowych sympozjów.
Wojtek był żywiołowy, spontaniczny, a jednocześnie niezwykle taktowny i kulturalny. Gdy do Polski przyjechała Suzanne Batzsdorf, potrafił tłumaczyć jej wystąpienia w sposób prosty, klarowny i wierny sensowi – bez popisu, z myślą o słuchaczach. Jego służebność nie była deklaracją, lecz codzienną praktyką.
Intelekt i wrażliwość
Dr Arkadiusz Hojny, prezes Towarzystwa w latach 2001–2010, podkreśla niezwykłe połączenie intelektu i autentycznej wrażliwości społecznej, które wyróżniało Wojciecha Hanna. Już jedno z pierwszych spotkań zapadło mu głęboko w pamięć: Wojtek tłumaczył konsekutywnie wykład, swobodnie przechodząc między trzema językami. Jednak nie sama biegłość językowa robiła największe wrażenie, lecz troska o sens wypowiedzi i o ludzi po obu stronach rozmowy. Dla niego tłumaczenie było aktem porozumienia, nie tylko przekładem słów.
Choć jego prezesura zakończyła się wiele lat wcześniej, Arkadiusz Hojny w swojej późniejszej działalności wciąż natrafiał na ślady pracy Wojtka – szczególnie w obszarze wymiany młodzieżowej. Dawało to poczucie ciągłości i potwierdzało, że dobrze wykonana praca społeczna trwa znacznie dłużej niż formalne kadencje.
Zapamiętany przez starszych i młodszych
Dla Michała Bieganowskiego Wojciech Hann był przede wszystkim młodym, otwartym człowiekiem, którego łatwo było polubić. Gdy grupa uniwersytecka zaczęła pracę nad wyborem nowego prezesa, Wojtek jawił się jako ktoś naturalny, „fajny”, a jednocześnie kompetentny. W dyskusjach nie dominował, ale był obecny – i to wystarczało, by budzić zaufanie.
Ślady, które zostają
Wojciech Hann był ryzykantem pełnym pomysłów, człowiekiem kontaktu i inicjatorem działań, które często wyprzedzały swój czas. Łączył środowiska, języki i pokolenia, nie zatrzymując uwagi na sobie. Jego sposób myślenia, pracy i rozmowy pozostaje ważnym punktem odniesienia dla Towarzystwa im. Edyty Stein także dziś.
Pozostaje wdzięczność – i świadomość, że dialog, któremu służył, trwa nadal w ludziach i instytucjach, które współtworzył.
Publikujemy Wspomnienia przyjaciół i członków Towarzystwa im. Edyty Stein:
Anita Stefańska- Czarniecka:
Ja jestem o pokolenie starsza. Co ja mogę powiedzieć o Wojtku, po prostu to był autentyczny ideowy człowiek. To był jedyny prezes [Towarzystwa], naprawdę i nie ujmując innym, gdzie najważniejsza była dla niego ta idea, idea pojednania polsko-niemieckiego, dialog. I on całą swoją energię wkładał w to. W ogóle pomijał siebie. No można może tak powiedzieć, że on przez to nie zrobił doktoratu, bo on po prostu był tak zaangażowany. On był inicjatorem powstania Towarzystwa, bo był inicjatorem tworząc tą grupę na Uniwersytecie. Potem oni się połączyli. Oddaję mu cześć. [Dzięki] niemu były też sympozja międzynarodowe.
Paweł Skrzywanek:
Przyjaciel z czasów studenckich, zawsze można było na niego liczyć. Pamiętam takie spotkanie w Bielicach ludzi z opozycji akademickiej. Wojtek przyjechał późnym wieczorem do Lądka, szedł w śniegu do Bielic, miał półgodzinne wystąpienie i wrócił z powrotem do Lądka, żeby rano być we Wrocławiu. Szaleństwo, ale obiecał, że będzie i słowa dotrzymał
Wiecznie w pędzie, wiecznie w niedoczasie, ale bardzo zaangażowany. Świetny organizator, zawsze przygotowany. Pochodził z rodziny humanistycznej, ale żartowaliśmy, że jest niczym Wielki Zderzacz Hadronów. Potrafił tak przyspieszyć, że my byliśmy dopiero na etapie planowania, a on już widział finał.
Marian Łukaszewicz, prezes Towarzystwa im. Edyty Stein w latach 1993-2001
Formalnie członkami założycielami Towarzystwa są dwie grupy ludzi, pierwsza w której ja byłem, której przewodził ks. Jerzy Witek i druga grupa, która przyszła z Klubu Inteligencji Katolickiej pod takim nieformalnym kierownictwem Wojciecha Hanna. W tej grupie był między innymi, oprócz młodych ludzi, starszy pan Bolesław Gelichgewicht, który dużo przysłużył się Towarzystwu.
Na pobycie w Niemczech nauczył się języka niemieckiego i dzięki temu ułatwiało to nam kontakty z Niemcami. Polegały one m.in. z niemieckim Towarzystwem Edyty Stein. Kilkukrotnie byłem na dorocznych zebraniach niemieckiego Towarzystwa. Później Towarzystwo przyjechało do nas, żeby we Wrocławiu zorganizować swoje zebranie. Ale to było już znacznie później, kiedy on już był w Warszawie.
Dr Arkadiusz Hojny, Prezes Towarzystwa im. Edyty Stein w latach 2001-2010
Wiadomość o śmierci Wojtka bardzo mnie poruszyła. Choć nasze prezesury dzieliły lata, miałem poczucie, że poruszamy się po tej samej mapie wartości i podobnie rozumiemy sens pracy społecznej.
Jedną z cech, które szczególnie go wyróżniały, był niezwykły intelekt połączony z autentyczną wrażliwością społecznika z przekonania. Nie była to poza ani rola, raczej naturalny sposób bycia i myślenia o świecie.
Jedno z moich pierwszych spotkań z Wojtkiem zapamiętałem bardzo wyraźnie. Podczas wykładu tłumaczył konsekutywnie, swobodnie przechodząc między trzema językami. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, ale jeszcze ważniejsze było to, że zawsze dbał o sens i o ludzi po obu stronach dyskusji. Chodziło nie tylko o słowa, ale o porozumienie.
Choć Wojtek przestał pełnić funkcję prezesa wiele lat przede mna, w mojej własnej działalności wciąż natrafiałem na ślady jego pracy — szczególnie w obszarze wymiany młodzieżowej, w którą był głęboko zaangażowany. Dawało to poczucie ciągłości i przypominało, że dobrze wykonana praca społeczna żyje długo po tym, gdy kończą się kadencje i formalne role.
Wojtek miał niezwykłą zdolność szybkiego kojarzenia faktów, wyciągania trafnych wniosków i zadawania pytań, które naprawdę miały znaczenie. Zawsze towarzyszył temu głęboki szacunek dla drugiego człowieka oraz konsekwentne poszukiwanie dialogu — także wtedy, gdy rozmowa nie była łatwa. Ta umiejętność łączenia intelektualnej rzetelności z uważnością na drugiego człowieka dobrze oddaje ducha Towarzystwa im. Edyty Stein i pozostaje szczególnie cenna również dziś.
Myślę o Wojtku z wdzięcznością i szacunkiem. Jego sposób myślenia, pracy i rozmowy pozostaje dla mnie wciąż ważnym punktem odniesienia. Bliskim Wojtka składam szczere wyrazy współczucia.
Marian Łukaszewicz: Zaczęli oni w Klubie Inteligencji Katolickiej. Spory w klubie były po obu stronach barykady. Nie przeszkodziło to nam współpracować bardzo sympatycznie w Towarzystwie. Oprócz Wojtka pracowała w Towarzystwie Monika, która stała się później żoną Wojtka i jego matka.
Kondolencje:
Frank de Vries, prezes holenderskiej Fundacji dr Edyty Stein:
Z głębokim smutkiem przeczytałem na Państwa stronie internetowej o śmierci Wojciecha Hanna. Tak młody, a już musi pożegnać się z życiem… Modlimy się za jego rodzinę, a zwłaszcza za naszych przyjaciół z Towarzystwa im. Edyty Stein.
W imieniu wszystkich osób związanych z holenderską Fundacją Edyty Stein składam rodzinie Wojciecha Hanna najszczersze kondolencje. Niech ciepłe wspomnienia o tym serdecznym człowieku przyniosą Państwu ukojenie.
Z najgłębszym współczuciem.










